MSZE ŚW. W NIEDZIELE

w dolnym kościele:
7:30, 10:30 (dzieci),
12:00 (przedszkolaki),
20:00 (młodzież, studenci)

w górnym kościele:
9:30 (suma), 11:00, 12:30 (chrzty), 18:00

MSZE ŚW. W DNI POWSZEDNIE
7:00, 8:00, 18:00 - w dolnym kościele

nr konta 07 1240 1242 1111 0000 1588 5856

KANCELARIA PARAFIALNA CZYNNA

w poniedziałki, środy i piątki
16:00-18:00

we wtorki i soboty
9:00-11:00

tel. (58) 551 17 58

Intencje mszalne przyjmujemy w godzinach pracy biura parafialnego
lub po każdej Mszy Świętej w zakrystii kościoła.

Adres:
ul. 3 Maja 49
81-743 Sopot
tel. 58 551 17 58 lub (wyłącznie na nagłe wezwanie do chorego) 664 477 435

e-mail: michal@diecezjagdansk.pl

Numer konta:
07 1240 1242 1111 0000 1588 5856

6 listopada 2020

8 Błogosławieństw cz. 1

Wstęp

Chrześcijanie to wspólnota, którą łączy wiara w osobę Jezusa Chrystusa, i to zmartwychwstałego. Zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią było i jest siłą napędową Kościoła, który pragnie podzielić się Dobrą Nowiną z każdym człowiekiem. Ta najważniejsza prawda naszej wiary całkowicie zmienia sens i cel naszego życia, codziennie przypominając nam o tym, że naszą ojczyzną nie jest ziemia, tylko niebo. Jezus Chrystus w czasie swojej publicznej działalności głosił prawdę o Królestwie Bożym, pokazując nam drogę, która prowadzi do życia wiecznego. Królestwo Boże to rzeczywistość zapoczątkowana w osobie, słowach i czynach Jezusa, która „rośnie” i „rozkwita” w naszych sercach, gdy kierujemy się duchem Ewangelii i w tym duchu „przemieniamy” świat, aż po ostateczne wypełnienie w czasach ostatecznych, gdy Syn Człowieczy przyjdzie dokonać sądu nad narodami. Chrześcijanie różnych ras, ludów i narodów już dziś są „obywatelami” Królestwa Bożego. Konstytucją owego Królestwa jest „Osiem błogosławieństw”, proklamowanych przez Jezusa w Kazaniu na Górze. Życie według błogosławieństw pozwala nam osiągnąć cel naszego życia, a jednocześnie jest najpełniejszą obietnicą Boga na osiągnięcie szczęścia, które jest pragnieniem wszystkich ludzi. Dekalog, który Bóg dał narodowi wybranemu przez pośrednictwo Mojżesza na górze Synaj, jest podstawą moralności, ale ograniczenie chrześcijańskiego życia do przestrzegania Dziesięciu Przykazań byłoby zubożeniem i rozminięciem się z nowością przyniesioną przez Mistrza z Nazaretu. Błogosławieni, o których mówi Jezus w swoim Kazaniu na Górze, żyją dla miłości i mają świadomość, że ich życie na ziemi jest tylko pielgrzymką, a celem niebo. Zdecydowali się w swoim życiu radykalnie naśladować miłość Chrystusa, najpełniej objawioną w tajemnicy Krzyża.

Święty Jan Ewangelista, świadek i współuczestnik Jezusowego życia, w swojej Ewangelii zapisuje słowa Zbawiciela wypowiedziane w czasie Ostatniej Wieczerzy: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali (J13, 34-35). „Przykazanie nowe” wprowadza absolutną nowość w dziejach świata. Wierzący powołani są do tego, żeby miłować jak On, żeby w swoim życiu naśladować miłość Boga, który oddaje się nam bez reszty. To jest miara życia prawdziwie chrześcijańskiego. „Osiem błogosławieństw” pozwala nam to przykazanie zakotwiczyć w konkretnych sytuacjach naszego życia. Zbiór rozważań Droga do szczęścia jest nieudolną próbą dotknięcia głębi zawartej w słowach Jezusa z Kazania na Górze. Mając świadomość niedoskonałości tych refleksji, żywię jednak nadzieję, że mogą one stanowić pomoc w odkryciu piękna chrześcijaństwa.

Życzę miłej lektury 
ks. Krzysztof Konkol

 

 

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Co Jezus miał na myśli mówiąc, że szczęśliwi są ci, którzy są ubodzy. Może warto zapytać o to ubogą wdowę, którą kiedyś Jezus pochwalił w jerozolimskiej świątyni.

Z Ewangelii według św. Marka (12, 42 -44)
Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie».

Uboga wdowa została pochwalona przez Jezusa nie za to, jaką kwotę przekazała na utrzymanie świątyni, ani nie za to, że oddała wszystko, co miała. Pochwała dotyczy jej bezgranicznego zaufania. Oddawszy Bogu wszystko, chciała polegać tylko na Nim. W szczęściu wypływającym z ubóstwa wcale nie chodzi o to, żeby nieroztropnie pozbywać się dóbr, które otrzymaliśmy od Boga. Ubogi to człowiek, który - jak sugeruje samo określenie - wszytko ma u Boga. Może być tak, że ktoś choć jest bogaty, jednocześnie jest ubogi, ponieważ bezgranicznie wierzy Bogu, a nie temu, co posiada. Może być też i tak, że ktoś jest materialnie biedny, a jednocześnie jego serce opanowane jest żądzą posiadania. Jak „zmierzyć” poziom swojego ubóstwa, zbadać swoje zaufanie Bogu? Z pewnością dobrym miernikiem jest zdolność do dzielenia się tym, co posiadam. Jeżeli potrafię się dzielić, i to nie tylko dobrami materialnymi, ale także swoim czasem czy zdolnościami, znaczy to, że ufam Bogu, który zatroszczy się o moje życie, jeżeli ja zdecyduję się troszczyć o życie innych ludzi. Pomyśl, jak szczęśliwe byłoby nasze życie, gdybyśmy przestali pokładać nadzieję w sobie czy w tym, co posiadamy, a zaczęli naprawdę wierzyć Bogu, zatroskanemu o każdą sekundę naszego życia. Szczęście, które obiecuje Jezus, jest powiązane z wiarą. Może warto sobie zatem zadać pytanie, w kogo lub w co tak naprawdę wierzę, komu lub czemu zaufałem? Jeżeli jesteś odważny i nie boisz się prawdy o sobie, proponuję mały test na ubóstwo: wypisz na kartce to, co stanowi dziś wartość dla Ciebie; być może będą to pieniądze, dobra materialne, znajomości, zdrowie, zdolności etc. Czy jesteś w stanie powiedzieć Bogu „oddaję Tobie to wszytko, ponieważ chcę iść drogą pierwszego błogosławieństwa”? 

Historia Kościoła, także życie świętych pokazuje nam wyraźnie, że radykalne pójście za Jezusem wiąże się z niezwykłym błogosławieństwem i działaniem Boga w naszym życiu. Spójrz na życie św. Franciszka - jego szaleństwo pójścia za Jezusem do końca było początkiem przemiany Kościoła , dało też początek wspólnocie, która przetrwała do dzisiaj i świadczy o tym, że warto być ubogim. Doświadczenie św. Franciszka może być również twoim, jeżeli zdecydujesz się oddać Jezusowi wszystko. Czasami tęsknimy za innym życiem, bardziej bożym, świętym , i zastanawiamy się, dlaczego nic się nie zmienia, dlaczego na drodze naszej wiary utknęliśmy w miejscu albo się cofamy. Bóg chce nam dać naprawdę wiele, ale boże dary potrzebują wolnego serca, bo tylko takie jest w stanie przyjąć Miłość i pójść za Nią, dokądkolwiek nas poprowadzi. Ubóstwo wiąże się nie tyle z pytaniem, co mogę Bogu dać, ile raczej z pytaniem, z czego powinienem zrezygnować, żeby moje serce stało się naprawdę wolne. Święty Jan od Krzyża powiedziałby, że nie jest ważne, czy trzyma cię gruby sznur, czy cienka nitka - jedno i drugie nie pozwala ci wznieść się w górę.

Gdybyśmy nasze rozważania na temat ubogich w duchu i ubóstwa ograniczyli tylko do spraw materialnych i związanego z nimi poczucia bezpieczeństwa, miałbym wrażenie jakiegoś spłycenia czy zawężenia tematu. A zatem czas na kolejne pytanie: co oznacza ubóstwo ducha, o którym mówi Jezus. Odpowiedzi na to pytanie poszukamy w przypowieści o faryzeuszu i celniku, których – tak jak ubogą wdowę – spotykamy w świątyni jerozolimskiej. Postaramy się czytać to opowiadanie w kluczu naszych rozważań. 

Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony (Łk 18,9-14).

Do świątyni przychodzi dwóch ludzi - faryzeusz i celnik. Który z nich jest „bogaty”, a który „ubogi”? Faryzeusz szczyci się tym, że jest w porządku wobec Pana Boga i innych ludzi, bo przecież zachowuje posty, daje dziesięcinę, jest bardzo religijny, zatem na pewno zasługuje na uznanie i boże błogosławieństwo. I rzeczywiście, gdy popatrzymy zewnętrznie, ma on rację, bo praktyki duchowe, które podejmuje, same w sobie są dobre. Problem jest zdecydowanie głębszy; bohater tej przypowieści całą swoją religijność zbudował nie na zaufaniu Bogu, ale na zaufaniu samemu sobie. Ta przypowieść pokazuje nam jasno, że religijność (czyli praktyki religijne) to nie to samo, co wiara. Można być człowiekiem religijnym, a jednocześnie niewierzącym! Można wypełniać wiele praktyk duchowych, a nigdy nie spotkać się z Bogiem, jedynie z samym sobą, z własnym fałszywym obrazem siebie. Źle przeżywana religijność może nas nie tylko nie przybliżać do Boga, ale wręcz przeciwnie - może od Niego oddalać, ponieważ będzie w nas budowała fałszywe przekonanie, że przecież wszystko jest w porządku, przecież tyle robię dla - no właśnie, dla kogo? Dla siebie, swojej pychy, czy dla Pana Boga i drugiego człowieka? Prawda o faryzeuszu jeszcze bardziej wychodzi na jaw, gdy zaczyna się on porównywać się z celnikiem . Podobnie jest i z nami. Źle przeżywana religijność nie tylko oddala nas od Boga, ale również oddala nas od drugiego człowieka, często rodząc pogardę wobec tych, którzy w naszej opinii są „skończonym grzesznikami”, bez nadziei na zbawienie. „Bogactwo” faryzeusza okazało się jego największym bankructwem, skutecznie bowiem oddaliło go od doświadczenia bezinteresownej miłości Boga. Przyczyną tak przeżywanej religijności może być chęć zasługiwania na miłość, zapracowania na coś, co Bóg pragnie dać nam za darmo. Z jakim nastawieniem serca przychodzę na spotkanie z Bogiem? Czy chcę udowodnić Bogu, jaki jestem wspaniały i zdyscyplinowany, czy raczej chodzi mi o to, żeby otworzyć się na przemieniającą moc Bożej miłości?

Teraz warto spojrzeć na celnika, który jest mniej „widoczny” nie tylko dlatego, że stoi w tyle świątyni, ale przede wszystkim dlatego, że nie robi wokół swojej osoby tyle szumu i zamieszania. Nie ma on wątpliwości, że jest grzesznikiem. Wie o tym nie tylko on, znają go także jako celnika nie tylko ludzie z najbliższego otoczenia, a jednak przychodzi do świątyni i chce się spotkać z Bogiem, chociaż - jak sam uznaje - nie jest stanie w żaden sposób odpowiedzieć na Bożą miłość. Jego jedyną odpowiedzią jest pokora, czyli uznanie, że na boże dary nie możemy sobie zasłużyć, możemy jedynie otrzymać je za darmo, gdy otwieramy przed Bogiem nasze serca, poranione przez nasze grzechy i słabości. Grzesznik z tej przypowieści uczy nas i zaprasza do wiary w Boże miłosierdzie, a nie we własne siły i możliwości.

Jak wyglądają moje spotkania z Bogiem - czy jestem człowiekiem „ubogim” czy „bogatym” przed Bogiem? Pierwsze błogosławieństwo zachęca nas do tego, żeby do Boga przychodzić w postawie pustych dłoni. Spójrz na siebie - kiedy przychodzisz do Boga w postawie faryzeusza , twoje dłonie są pełne zasług i „wybitnych osiągnięć” w drodze do świętości, kiedy przychodzisz w postawie celnika, twoje dłonie są puste. Jak myślisz, które dłonie są w stanie przyjąć więcej darów – puste czy pełne ? Odpowiedź narzuca się sama. Przypowieść o bogatym faryzeuszu i ubogim celniku każe nam zmienić perspektywę spojrzenia na nasze życie duchowe. Czasami wydaje się nam, że nasz słabości czy upadki dyskwalifikują nas w drodze do świętości, a tymczasem mogą być one miejscem doświadczania mocy bożego miłosierdzia. To, co naprawdę nawraca nasze serce, to nie tylko nasze postanowienia czy siła woli, ale przede wszystkim doświadczenie darmowej miłości Boga. Czy jesteś na tyle ubogi, aby ją przyjąć, czy może próbujesz ciągle za nią zapłacić, żeby nie mieć żadnych zobowiązań wobec Boga? A może już potrafisz - jak św. Paweł - ucieszyć się ze swoich słabości i potraktować je jako swoistego rodzaju drogę do prawdziwego spotkania z Bogiem.

Czas, aby spojrzeć na to, w jaki sposób Jezus realizował pierwsze błogosławieństwo. On, prawdziwy Bóg, „właściciel” całego wszechświata, od początku swojej ziemskiej drogi był ubogi – rodzi się w stajence, później ucieka do Egiptu, gdzie żyje z dala od ojczyzny, wychowuje się w skromnym Nazarecie, a kiedy podejmuje publiczną działalność, mówi o sobie, że nie ma miejsca, „gdzie by głowę mógł złożyć”. Jego ubóstwo osiąga apogeum w momencie śmierci na drzewie krzyża. Jezus umiera w całkowitym ogołoceniu, odarty ze wszystkiego, nawet z poczucia obecności Ojca. Jest całkowicie „ubogi”. Pozostaje mu tylko wiara, że jest kochany i że warto żyć i umierać dla miłości. Czy pociąga Cię ubóstwo, które pokazuje nam Jezus ? To pytanie, szczególnie w kontekście Golgoty, może i powinno rodzić w nas niepokój ...
I w końcu obietnica związana z tym błogosławieństwem: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Tak, nagrodą za ubóstwo jest królestwo niebieskie, a ono jest wszędzie tam, gdzie jest miłość. Królestwo Boże jest pośród nas, królestwo boże jest w nas. Jeżeli porzucę to, co pozorne, a otworzę się na to, co prawdziwe, Bóg wleje w moje serce swoją miłość, a ona uzdolni mnie do tego, żeby kochać innych ludzi nie własną mocą, ale mocą Boga. Ważne jest w życiu pytanie, czy kocham, ale jeszcze ważniejsze jest pytanie, jak kocham. Czy kocham „po ludzku”, czy kocham „po bożemu”? Pierwsze błogosławieństwo zaprasza nas, duchowych biedaków, do hojnego rozdawania bożej miłości. „Błogosławieństwa” są pełne bożych paradoksów, jednym z nich jest logika rozdawania – im więcej daję, tym więcej otrzymuję. Boża miłość dawana w świecie wraca do mnie „pomnożona”.

 

Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Kolejny paradoks błogosławieństw - szczęśliwi, którzy się smucą. Po ludzku jest to nie do przyjęcia. O co właściwie chodziło Jezusowi w drugim błogosławieństwie? Może warto przywołać historię konkretnego człowieka, który w swoim życiu doświadczył prawdy tych słów Jezusa. Na myśl przychodzi mi Zacheusz, mieszkaniec Jerycha, który dwa tysiące lat temu spotkał Mistrza z Nazaretu.

Z Ewangelii według św. Łukasza (19,1-10) 
Potem wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A [był tam] pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».

Zacheusz był zwierzchnikiem celników, jak mówi Ewangelia – bardzo bogatym. Po ludzku patrząc moglibyśmy powiedzieć, że był człowiekiem, któremu poszczęściło się w życiu - miał władzę i pieniądze. Ale czy był szczęśliwy? Władza wiązała się ze współpracą z rzymskim okupantem, pieniądze natomiast pozyskiwał nieuczciwymi praktykami wobec swoich rodaków. Zacheusz był człowiekiem smutnym, bo takie jest życie człowieka, który nie ma żadnych relacji. Nie miał więzi z Bogiem, ponieważ żył w stanie grzechu, nie miał też więzi z mieszkańcami Jerycha, którzy byli świadomi, że bogactwo zwierzchnika celników jest okupione ich krzywdą. W tych okolicznościach musiał przeżywać smutek, ale nie był to smutek, który doprowadził go do rozpaczy, przeciwnie -obudził w nim pragnienie zmiany. Kiedy Zacheusz dowiedział się, że do Jerycha przybywa Jezus, postanowił go zobaczyć. Może właśnie błogosławiony smutek obudził w Nim takie pragnienie, błogosławiony, bo w konsekwencji doprowadził go do całkowitej przemiany życia.

Celnik z Jerycha podpowiada nam, że do przemiany naszego życia nie wystarczy tylko sama refleksja czy siła woli. Przemieniającą moc ma miłość, której możemy doświadczyć w czasie spotkania z Bogiem, a także z drugim człowiekiem. Czasami trzeba przełamać swoje schematy czy przyzwyczajenia, żeby naprawdę spotkać się z kimś, kto może nam pomóc przemienić nasze życie. Czasami trzeba zostawić swoje pozornie bezpieczne życie i pójść nieznaną drogą, nawet gdyby wiązało się to z „wejściem na sykomorę”, być może całkowicie niezrozumiałym dla innych ludzi. Czy mam w sobie taką odwagę i wewnętrzną wolność, by to uczynić?

Możemy zadać sobie pytanie, co tak naprawdę wydarzyło się w życiu Zacheusza owego pamiętnego dnia, kiedy Jezus zauważył go na sykomorze. Otóż tego dnia spotkał się … z zupełnie innym spojrzeniem niż to, do którego zdążył już przywyknąć. Było to spojrzenie pełne miłości, które nie widziało w nim jedynie złodzieja i współpracownika rzymskiego okupanta, ale zobaczyło zagubione dziecko Boże, które pomimo uczynionego zła i grzeszności powołane jest do osiągnięcia życia wiecznego. Zacheusz uwierzył temu spojrzeniu, a kiedy usłyszał, że Jezus chce odwiedzić jego dom, jego radość sięgnęła zenitu. Doświadczywszy darmowej miłości Jezusa, z człowieka skupionego na sobie staje się człowiekiem otwartym na innych i właśnie to przywraca mu utraconą radość życia. W prawdziwym nawróceniu nie chodzi tylko o smutek czy żal za popełnione grzechy, ale ważne są również o konkretne decyzje, które będą wiązały się z zadośćuczynieniem Bogu i ludziom, których skrzywdziliśmy przez nasze złe wybory.

Smutek, o którym mówi Jezus w Kazaniu na Górze, wypływa z niezgody na zło, które jest w świecie, a nade wszystko na zło, które jest w naszym sercu. Taki smutek może być początkiem naszego nawrócenia. Myślę, że każdy z nas nosi w sobie doświadczenie smutku. Czasami wypływa on po prostu z troski o ludzi, których kochamy, a którym dzieje się jakaś krzywda czy spotyka ich nieszczęście, ale jest również smutek, który wynika z grzechu i bylejakości naszego życia. Warto zatrzymać się na smutku, który przeżywamy, wejść z nim w serdeczny dialog, zapytać samych siebie, dlaczego jestem smutny, czego mi w życiu brakuje, za czym tęsknię? A w końcu także - co mogę zrobić, żeby odpowiedzieć na głód mojego serca. Tak przeżywany smutek może być drogą do poznania samego siebie i swoich najgłębszych pragnień, może być również wewnętrzną siłą, która popchnie nas do błogosławionej zmiany i duchowego pogłębienia jakości naszego życia. Warto zadać sobie pytanie, czy zgadzam się na taki smutek. Nierzadko uciekamy od niego, bo wiąże się on z dyskomfortem. Nie chcemy spotkać się z naszymi najgłębszymi ranami, pragnieniami i – co za tym idzie – nie chcemy spotkać się z Bogiem, który przemawia do nas właśnie w tym, co jest w nas najbardziej obolałe. Muszę się przyznać, że boję się ludzi wiecznie zadowolonych ze swojego życia, takich z przyklejonym uśmiechem, radosnych na pokaz. Bardzo często za taką postawą kryje się smutek, starannie wyparty do podświadomości, smutek, który nie znika, ale może przerodzić się w rozpacz.

Jak przeżywam swój smutek? Czy jest to smutek, który pozwala mi spotkać się z samym sobą i moimi pragnieniami? Jezus dwa tysiące lat temu odwiedził w Jerychu Zacheusza i jego smutek przemienił w radość. Jerycho to najniżej położone miasto na całej kuli ziemskiej, jest to pewien symbol, który mówi o tym, że Jezus przychodzi do najniżej położonych miejsc w moim życiu i moim sercu, przychodzi do najsmutniejszych miejsc, które od dawna czekają na spotkanie z Bożą miłością. Jezus dając mi drugie błogosławieństwo zadaje mi pytanie, czy zaproszę Go do swojego czasami bardzo smutnego Jerycha, czy zdecyduję się ze swoim smutkiem „wejść na sykomorę”, żeby spotkać Zbawiciela.

Kiedy myślę o „szczęśliwych smutnych”, wracam pamięcią do przypowieści Jezusa, opowiedzianej przez ewangelistę Mateusza (21, 28-32).

Pewien człowiek miał dwóch synów. Zwrócił się do pierwszego i rzekł: "Dziecko, idź dzisiaj i pracuj w winnicy!" Ten odpowiedział: "Idę, panie!", lecz nie poszedł. Zwrócił się do drugiego i to samo powiedział. Ten odparł: "Nie chcę". Później jednak opamiętał się i poszedł. Któryż z tych dwóch spełnił wolę ojca?» Mówią mu: «Ten drugi». Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wyście mu nie uwierzyli. Celnicy zaś i nierządnice uwierzyli mu. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć.

Warunkiem prawdziwego nawrócenia, do którego wzywa nas drugie błogosławieństwo, jest szczerość. Bogu nie chodzi o piękne deklaracje czy zobowiązania bez pokrycia, ale o konkretne decyzje, które nie zawsze muszą być podjęte spontanicznie, czasami wymagają one czasu i wewnętrznej walki podobnej tej, jaką stoczył jeden z synów z naszej przypowieści. Dlaczego zmienił on zdanie, dlaczego zdecydował się pójść pracować do winnicy swojego ojca? Może zobaczył smutek na jego twarzy, który wkrótce stał się jego smutkiem? Może uświadomił sobie, że tylko życie pragnieniami ojca jest w stanie dać mu to, czego naprawdę pragnie. Ojcem z tej przypowieści jest Bóg, synami - każdy z nas, a winnicą jest nasze życie. Błogosławiony smutek z Kazania na Górze może prowadzić nas do odkrycia prawdy, że nie tyle życie swoimi zachciankami, realizowanie własnych pomysłów na życie, co wypełnienie woli Ojca jest w stanie dać nam prawdziwą radość i spełnienie. Myślę, że warto spotkać się ze swoim smutkiem, „oswoić” go i z nim pobyć, żeby dojść do takiego przekonania. I nie chodzi tylko o to, żeby poznana prawda utrwaliła się na poziomie mojej głowy, ale żeby potem wyznaczała i kształtowała moje życiowe wybory i postawy.

Teraz czas spojrzeć na to, w jaki sposób Jezus zrealizował drugie błogosławieństwo.

Wraca do mnie wspomnienie z jednej z moich pielgrzymek do Ziemi Świętej, kiedy stanąłem przed sanktuarium „Dominus Flevit” ( Pan zapłakał), usytuowanym na zboczu Góry Oliwnej, i „sercem czytałem” Łukaszowy opis płaczu Jezusa nad Jerozolimą ( Łk 19, 41-44). To właśnie z tego miejsca, upamiętnionego dziś wspaniałym kościołem, Jezus gorzko zapłakał, patrząc na to ukochane miasto, bliskie upadku, bo nie rozpoznało czasu swego nawiedzenia… Nie przyjęło Jezusa jako Mesjasza, odrzuciło Zbawiciela. Ludzie, których bezgranicznie kochał, dla których przyszedł na świat, którym głosił Słowo Boże, odrzucili miłość Ojca.

Co czuję w sytuacjach, gdy ktoś odrzuca moje niedoskonałe gesty miłości? Czy szanuję ludzką wolność, prawo do odmowy? Może (niepogodzony) za wszelką cenę próbuję przekonać do przyjęcia mojego daru albo – obrażony na cały świat - odwracam się na pięcie i postanawiam, że już nigdy więcej nie zdobędę się na taką wielkoduszność.

Różne mogą być reakcje na odrzuconą miłość. Jezus nie rzuca przekleństwa na to święte miasto (co niechybnie uczyniliby jego współziomkowie), ale ciężar odrzuconej miłości bierze na siebie umierając za grzechy tych, którzy zasmucają Boga. Czy potrafisz umierać z miłości? Wiem, pytanie bardzo ogólne, trudne i … niewygodne, ale spróbuj pobyć z nim dłużej, szukając na nie odpowiedzi w najgłębszych pokładach Twego serca …

Na potrzeby zaś dzisiejszego dnia, zanim zaczniesz „umierać za innych”, spójrz na siebie. Może potrzebna jest śmierć dla Twojego lenistwa, Twoich uprzedzeń, najbardziej „kochanych” grzechów? Szukając odpowiedzi, „przejrzyj się” w zapłakanej twarzy Jezusa … Jak myślisz, co czuje On, który patrzy dzisiaj na Twoje życie? Co przynosi Mu radość, a co powoduje, że na Jego twarzy pojawiają się łzy? Kochająca twarz Syna Bożego jest najlepszym lustrem, w którym masz szansę zobaczyć siebie prawdziwego, bez upiększeń. Szczęśliwi, którzy się smucą … Teraz widzisz, do czego zaprasza Cię Bóg, dając drugie błogosławieństwo.

I na koniec Boża obietnica związana z tym błogosławieństwem: 
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni.

Pan Jezus w drugim błogosławieństwie obiecuje mi pocieszenie, które całkiem niesłusznie komuś może kojarzyć się z gestem dobrego kolegi, klepiącego mnie po ramieniu i mówiącego - nie martw się, wszystko będzie dobrze. Nic bardziej błędnego! Pocieszenie, o którym mówi Jezus, nie dotyczy chwilowej zmiany nastroju czy samopoczucia, ale wynika ze zmiany życiowych postaw, czyli z głęboko przeżytego nawrócenia. Droga do prawdziwej radości rozpoczyna się od otwartości na prawdę, którą przynosi Bóg. Nawrócenie w rozumieniu biblijnym to zmiana sposobu myślenia, patrzenia nie na sposób ludzki, ale na boży. Właśnie po to Kościół głosi Słowo Boże i zaleca osobistą modlitwę opartą na tekstach Pisma Świętego, aby podać procesowi przemiany nasze myślenie. Kiedy z wiarą wsłuchujemy się w Słowo Boże, Bóg „zmienia” nas, stwarza w nas nowe serce. Słowo Boga przyjęte z wiarą ma ogromną moc! W Księdze Rodzaju jesteśmy świadkami tego, jak Bóg swoim słowem stwarza świat; dzisiaj Stwórca także mocą swoich słów stwarza nas na nowo, zamieniając serca z kamienia, które nie potrafią kochać, na serca przepełnione Bożą miłością. Proces naszego nawrócenia zaczyna się od słuchania; najpierw zmienia się nasz sposób myślenia, potem mówienia, następnie zmienia się nasze działanie, co wspólnie kształtuje nasz charakter i wpływa na to, jak przeżywamy nasze życie. Kluczowa w procesie nawrócenia jest nasza otwartość na prawdę. I tu możliwe są przynajmniej trzy postawy w odniesieniu do prawdy o naszym życiu, objawianej nam przez Boga. Pierwsza, którą możemy nazwać faryzejską, cechuje się zaprzeczaniem. Trudno przyjąć mi prawdę o sobie, więc ją odrzucam, zaprzeczam jej, nie przyjmuję ją jako prawdę o mnie. Zatrzymuję ją przed drzwiami mojego serca, nawet jeżeli dotknęła już wcześniej mojego umysłu. Dlaczego ulegamy tej pokusie, dlaczego nie chcemy zmiany, która może przywrócić nam radość życia? Odpowiedzi jest pewnie wiele. Myślę, że główny powód tkwi w naszej zatwardziałości i pysze. Przyjęcie wyzwalającej prawdy wiązałoby się z odrzuceniem starego sposobu myślenia i działania, a to wymagałoby od nas odrzucenia starego człowieka z całym jego pozornie poukładanym światem. Taki krok wymaga otwartości, pokory i zaufania. Pójście drogą nawrócenia, czasami z zamkniętymi oczami, wymaga od nas zaufania Bogu, który jest Miłością i pragnie naszego dobra, nawet gdy boże błogosławieństwo przychodzi do nas w doświadczeniu trudu i cierpienia. Nawrócenie stawia nas przed podstawowym pytaniem: kto jest moim Bogiem, komu ufam, za kim chcę podążać. Czy moim Bogiem prawdziwie jest Bóg? A może jestem nim ja, sam dla siebie, albo inne bożki, którym zaufałem i w których szukam szczęścia i spełnienia.

Druga postawa w podejściu do wyzwalającej prawdy charakteryzuje się tym, co moglibyśmy umownie nazwać „tłumieniem”. Dotyka ono wielu ludzi; wprawdzie prowadzą oni ożywione życie religijne, nie unikają Boga, starają się poznać Jego naukę, a jednocześnie wiele lat trwają w starych grzechach. Powodów takiej sytuacji może być wiele, myślę jednak, że z pomocą przychodzi im właśnie wspomniane tłumienie, które często wiąże się z nieświadomym wykorzystywaniem praktyk religijnych do tego, żeby wyciszyć, a nie rozwiązać problem. Modlitwa, sakramenty, różnego rodzaju inne praktyki duchowe mogą wówczas stać się swoistego rodzaju „dywanem”, pod który „zamiatamy” problem, zamiast go rozwiązać. Pójście drogą nawrócenia wymaga od nas odwagi i zgody na radykalne odcięcie się od zła. Człowiek bardzo często przyzwyczaja się do swoich grzesznych nawyków i zamiast z nich rezygnować, „tłumi” je swoją religijnością i dziwi się, dlaczego ciągle powtarza znany już na pamięć scenariusz swoich upadków. Rezygnacja ze zła powinna być wyborem świadomym; muszę wiedzieć z czego i dla kogo rezygnuję. W procesie rezygnacji warto uświadomić sobie, co próbuje w moim życiu zająć miejsce należne Bogu. Wyobraź sobie, że w Twoim sercu jest wielkie, puste miejsce, domagające się wypełnienia - symbol Twoich tęsknot. W gruncie ono przypomina nam o naszej największej tęsknocie, o głodzie Boga. Czym zatem chcesz wypełnić pustkę w swoim sercu - Bogiem czy bożkiem, który może przybierać różne oblicza, często niezwykle piękne i pociągające. Rezygnacja wiąże się z rozpoznaniem swojego życiowego bożka lub bożków i ze świadomym zdewaluowaniem ich pozornej wartości. Może warto „wyśmiać” swoje bożki (przy tym i siebie samego), mówiąc: jak mogłem pomyśleć, że takiego szkaradztwo jest w stanie wypełnić moje serce, które tak naprawdę pragnie doświadczenia Bożej miłości, obecności i bliskości!?

I w końcu trzecia postawa wobec prawdy, która bliska jest ludziom szczerze otwartym na nią, którzy z poznania jej na poziomie umysłu starają się uczynić z niej prawdę życiową, przekładającą się na codzienne duże i małe wybory (są zaprzeczeniem intelektualnych koneserów, którzy wprawdzie dużo widzą, ale nic nie pojmują ..). Jezus o takich ludziach powiedział, że ich wiara jest żywa, bo jest nie tylko mówieniem o miłości, ale czynieniem miłości.

Wejście na drogę „błogosławionych smutnych” będzie wiązało się nie tylko z sukcesami i zwycięstwami; niejednokrotnie pewnie zdarzą się i upadki. Ważna jest jednak decyzja na wybór takiej właśnie drogi i pragnienie pójścia nią. W gruncie rzeczy jest to droga miłości. Idąc nią warto pamiętać , że jedyną przegraną jest rezygnacja z obranego kierunku, a nie pojedyncze upadki, które przecież stanowią ważną, nieuniknioną jej część. Wejście na drogę „smutnych”, czyli nawracających się, jest związane z obietnicą pocieszenia, które przyniesie sam Bóg. Czy jestem gotowy je przyjąć?

 

 

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Rozpoczynamy kolejny etap na naszej drodze prowadzącej do prawdziwego szczęścia. I spotykamy kolejny drogowskaz, który po ludzku wydaje się być niedorzeczny. „Błogosławieni cisi, albowiem on na własność posiądą ziemię”. Obserwacja życia i osobiste doświadczenie wydają się przeczyć tym słowom. Przecież to ludzie głośni, tacy co potrafią rozpychać się łokciami i walczyć nie tylko o swoje, osiągają nie zawsze uczciwe fortuny czy eksponowane stanowiska. „Cichy” samorzutnie może nam się kojarzyć z człowiekiem wycofanym, takim który stoi w kącie i przeprasza wszystkich za to, że żyje. I znowu Jezus stawia przed nami zadanie dotarcia do istoty tego błogosławieństwa. Kim jest „cichy”, o którym Jezus mówi w Kazaniu na Górze?

Na kartach Ewangelii szukam osoby, która w swoim życiu zrealizowała to błogosławieństwo. Spontanicznie moje myśli zatrzymały się na Maryi, która była cichą i pokorną służebnicą Pana.

Z Ewangelii według św. Łukasza (1, 26-38)
W szóstym miesiącu posłał Bóg anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, ». 
Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca». Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?» Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». Na to rzekła Maryja: «Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa!» Wtedy odszedł od Niej anioł.

Maryja była kobietą, która miała dobry, ludzki plan na swoje życie; chciała zostać żoną Józefa, a w przyszłości matką jego dzieci. Wszystko się zmieniło, kiedy usłyszała Boży zamysł, obwieszczony Jej przez Archanioła Gabriela - zostałaś wybrana na Matkę Zbawiciela. Usłyszała głos Boga i zgodziła się na rezygnację z własnych planów, aby podjąć plany Boga wobec Jej życia. Podobną decyzję umie podjąć tylko taki człowiek, który żyje trzecim błogosławieństwem. „Cichy” w rozumieniu Jezusa to człowiek, który pragnie w swoim życiu nade wszystko zrealizować wolę Boga, który pragnie żyć dla większej chwały Bożej, który Boga postawił na pierwszym miejscu. Bez wątpienia taką właśnie była Maryja, kobieta żyjąca pełnią życia.

Warunkiem usłyszenia (i zarazem przyjęcia) woli Bożej jest wewnętrzna i zewnętrzna cisza, która pozwala nam usłyszeć głos Boga. Maryja nie była (tak jak często my) „katarynką, która skutecznie zagłusza Boże natchnienia; była kobietą milczenia, co pozwalało Jej usłyszeć subtelny głos Boga. A jak to jest ze mną ? Czy w moim życiu duchowym dbam o ciszę? Najpierw pomyślmy o ciszy zewnętrznej; trudno przecież skupić się na tym, co najważniejsze, jeżeli w naszym życiu wszechobecny jest hałas, „na okrągło” włączony telewizor, Internet, który „dostaje zadyszki”, i telefon komórkowy, który rości sobie prawo do bycia nieodłączną częścią naszego życia i ciała. Jak w tym wszystkim usłyszeć Boga, który przychodzi w lekkim powiewie Ducha Świętego?

Kiedy już uda mi się zadbać o ciszę zewnętrzną, pozostaje zmierzyć się z hałasem, który jest we mnie. Pierwszymi owocami modlitwy jest właśnie spotkanie się z tym, co we mnie „hałasuje”. Bardzo często będą to sprawy, rzeczy czy osoby, które w moim życiu próbują zająć miejsce należne Stwórcy. Warto sobie je uświadomić i oddać Bogu, który pragnie zaopiekować się moim życiem.

„Cichy” to człowiek, który nie tylko słucha ale nade wszytko pragnie wypełnić wolę Boga w swoim życiu. Maryja – błogosławiona, cicha - uczy nas takiej postawy życiowej. Piękno Jej życia wynika właśnie z tego, że całe poświęciła dziełu swojego Syna. Czy Maryja rozumiała Boże plany względem Niej? Pewnie nie wszystkie, ale ufała, że to, do czego zaprasza Ją Bóg, jest najgłębszą i najpiękniejszą odpowiedzią na tęsknoty Jej serca. Maryja rozważała tajemnice Bożej miłości w swoim sercu; tak było w Betlejem, tak w Kanie Galilejskiej, tak również pod Krzyżem. Czy jestem w stanie iść drogą Maryi, rezygnując z własnych, często dobrych planów, po to by realizować Boże plany na swoje życie ?

Czas na przypowieść Jezusa, która pozwoli nam wejść w głąb tego błogosławieństwa.

Z Ewangelii św. Mateusza (7, 24-29)
Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki». Gdy Jezus dokończył tych mów, tłumy zdumiewały się Jego nauką. Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie.

Jezus stawia przed nami dwa obrazy, które stanowią symbol dwóch życiowych postaw wobec woli Bożej. Tym, co łączy bohaterów przytoczonej przypowieści, jest słuchanie Słowa Bożego. Ale, jak podpowiada nam Jezus, nie wystarczy tylko słuchać, ale trzeba wypełniać słowo Boże, czyli przekuwać je na konkretne życiowe wybory. Jak to jest z moim wypełnianiem woli Boga? Jezus w innej przypowieści (o siewcy – Mt 13, 1-9) ukazuje nam cztery typy słuchaczy słowa Bożego, w których możemy się odnaleźć. Pierwsi, których symbolizuje ziarno rzucone na drogę, to ludzie, którzy słuchają słowa, ale potem zwiedzeni przez szatana dochodzą do wniosku, że nie da się z tego słowa uczynić drogowskazu dla swojego życia. Dlatego albo całkowicie odrzucają pójście za Jezusem, albo spłycają swoją wiarę do takiego poziomu, że trudno w nich rozpoznać prawdziwych chrześcijan. Drugą postawę wobec słów Boga symbolizuje ziarno, które pada na skałę; zapuszcza co prawda korzenie, ale jest nietrwałe. Podobni do nich ludzie - kiedy przychodzi cierpienie związane z pójściem bożą drogą, rezygnują z podjętego wysiłku naśladowania Chrystusa. Trzeci typ ludzkiego serca przedstawiony jest w symbolu ziarna, które pada między ciernie. To ziarno wprawdzie kiełkuje, ale niestety zagłuszane jest przez chwasty, czyli dobra przemijające, proponowane nam przez świat. I w końcu ziarno, która pada na żyzną glebę naszego serca, symbolizuje ludzi, którzy słuchają i pomimo przeszkód wypełniają słowo Boga w swoim życiu.

Mogę teraz zadać sobie pytanie, jakim słuchaczem słowa Bożego jestem ja? Pewnie czasem moje serce przypomina drogę z naszej przypowieści, czasem skałę albo ziemię pełną chwastów, a czasami żyzną ziemię, która wydaje stokrotne plony. Wszystko tak naprawdę zależy od mojej wiary. W kogo chcę wierzyć i dla kogo chcę żyć? Błogosławiony „cichy” to człowiek, który wierzy Bogu i dla Niego chce poświęcić swoje życie. Pójście za Jezusem jest budowaniem domu na skale. Nie oznacza to, że uczniów Jezusa nie spotkają przeciwności, pokusy czy cierpienia, ale że w różnych okolicznościach życia zachowają pokój serca. Złożyli bowiem swoje życie i swoją nadzieję w Bogu, który jest stały w swojej miłości do każdego człowieka.

Spójrzmy teraz na Jezusa, który sam o sobie powiedział, że jest cichy i pokorny. Jezus, który całe swoje ziemskie życie podporządkował woli Ojca, jest cichy nie dlatego, że nic nie mówi. Jego cichość wyraża się w całkowitym posłuszeństwie, które ostatecznie doprowadziło Go na Golgotę. Jezus jako prawdziwy Bóg mógłby jedną myślą zniszczyć swoich oprawców i cały wszechświat, jednak jego zewnętrzna moc podporządkowana jest mocy wewnętrznej, czyli miłości wobec Ojca i wszystkich ludzi. To właśnie miłość jest wewnętrzną siłą owych szczęśliwych „cichych”, którzy nie muszą „hałasować” i walczyć o swoje, by nadać głęboki sens swojemu życiu - sens, który jednokrotnie będzie tajemnicą ich zażyłej relacji z Bogiem. Świat może tej relacji nie rozpoznać i może jej nie rozumieć … 

Na koniec obietnica związana z trzecim błogosławieństwem. 
Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

Ta obietnica w pełni zrealizowała się w życiu Maryi, która jest Królową nieba i ziemi. To, co daje nam prawo do posiadania ziemi, to nie zera przy cyfrach na koncie bankowym, ale bezcenna miłość, którą otrzymujemy od Boga - miłość, która nie jest naszym prywatnym dobrem, ale siłą potrzebną do tego, żeby kochać cały świat. Maryja - kobieta cicha - jest jednocześnie kobietą, która wywarła największy wpływa na historię całego wszechświata współuczestnicząc w dziele swojego Syna.

Wyobraź sobie, że twoje życie to tron. Może być tak, że na tronie twojego życia siedzi Jezus, a Ty chcesz wypełnić pragnienia Jego serca wobec twojego życia. Ale może być i tak, że tron twojego życia zajęło twoje „napompowane” Ja, które wprawdzie składa ręce do Boga, ale tylko po to, żeby Bóg realizował jego ludzkie projekty na życie. Kiedy Boga posadzisz na tronie swojego życia, to rzeczywiście stajesz się właścicielem całego świata i w każdej sytuacji życiowej i w każdym miejscu możesz realizować Jego wolę. Natomiast kiedy to Ty siedzisz na tronie swojego życia, zawężasz perspektywę swojego życia do tego, co wyłącznie twoje. Bardzo często takie życie będzie się wiązało z rozgoryczeniem czy rozczarowaniem w momencie, gdy twoje misterne plany zaczną rozmijać się z rzeczywistością. Jaką drogę wybierzesz, zależy od tego, komu bardziej zaufasz, Bogu czy sobie.

 

Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Szukając na kartach Ewangelii przykładu człowieka sprawiedliwego, trudno nie pomyśleć o Janie Chrzcicielu.

Z Ewangelii św. Mateusza 11,7-15 
Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: «Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!

W najprostszym obiegowym rozumieniu (i taki punkt widzenia tu przyjmujemy) człowiek sprawiedliwy to ten, który postępuje zgodnie z regułą „oddać każdemu, co mu się należy”. Dotyczy to postępowania względem Boga, względem drugiego człowieka i relacji do samego siebie. Jan Chrzciciel niejako na wstępie uczy nas sprawiedliwości wobec Boga, któremu należy się wszystko. Człowiek sprawiedliwy zatem powinien przede wszystkim żyć dla większej chwały Bożej. Takie było pragnienie Jana, który całe swoje życie poświęcił na przygotowanie siebie i innych ludzi na przyjście Zbawiciela. Przez swój radykalizm, przejrzystość w postępowaniu i bezkompromisowość przyciągał do siebie tłumy ludzi. Mimo to nigdy nie skupiał ich na swojej osobie, ale kierował serca słuchających go w stronę Boga, jedynym celu i sensie swojego życia.

Podobnie i nasza sprawiedliwość względem Boga każe nam uznać Go za suwerennego Pana całego naszego życia i w związku z tym skierowana jest na poznanie i wypełnienie woli Bożej. Aby stało się to możliwe, potrzebne jest (pokorne!) uznanie prawdy o tym, że to, co mamy, co udało się nam osiągnąć, nie jest jedynie zasługą naszego osobistego wysiłku czy zaradności życiowej każdego/każdej z nas, ale przede wszystkim owocem łaski bożej.

Sprawiedliwość Jana wobec ludzi przejawiała się w jego autentycznej trosce o tych, do których został posłany. Jan nie mówił słów „łatwych i przyjemnych”, często mowa jego była twarda i wymagająca i jako taka trudna dla słuchających go, ale zawsze głoszona z miłością. A prawda wypowiadana z miłością (choćby najbardziej gorzka) może być początkiem autentycznego nawrócenia człowieka, który ją usłyszał i przyjął z otwartym sercem. Jan, czyniący sprawiedliwość wobec drugiego człowieka w prawdzie i miłości, uczy takiej samej postawy nas.

Sprawiedliwość wobec samego siebie, choć wieloaspektowa, to na pierwszym miejscu wyraża się w mądrej trosce o siebie i trosce o przestrzeganie praw, które wypływają z naszej godności. Jan uczy nas, że gwarantem tego jest życie zgodne z własnym sumieniem. Kierowanie się nim to podstawowe prawo i obowiązek każdego człowieka, który chce w swoim życiu podążać drogą sprawiedliwości. On za tak rozumianą sprawiedliwość oddał swoje życie. Pomimo uwięzienia pozostał człowiekiem wewnętrznie wolnym, ponieważ wypełniając wolę Boga żył w zgodzie z samym sobą.

W głębszym zrozumieniu błogosławionej sprawiedliwości pomaga nam Jezus, opowiadając przypowieść o robotnikach ostatniej godziny.

Z Ewangelii świętego Mateusza 20,1-16
Albowiem królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. Umówił się z robotnikami o denara za dzień i posłał ich do winnicy. Gdy wyszedł około godziny trzeciej, zobaczył innych, stojących na rynku bezczynnie, i rzekł do nich: "Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam". Oni poszli. Wyszedłszy ponownie około godziny szóstej i dziewiątej, tak samo uczynił. Gdy wyszedł około godziny jedenastej, spotkał innych stojących i zapytał ich: "Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie?" Odpowiedzieli mu: "Bo nas nikt nie najął". Rzekł im: "Idźcie i wy do winnicy!" A gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: "Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!" Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi, mówiąc: "Ci ostatni jedną godzinę pracowali, a zrównałeś ich z nami, którzyśmy znosili ciężar dnia i spiekoty". Na to odrzekł jednemu z nich: "Przyjacielu, nie czynię ci krzywdy; czy nie o denara umówiłeś się ze mną? Weź, co twoje i odejdź! Chcę też i temu ostatniemu dać tak samo jak tobie. Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" Tak ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi».

Przytoczona przypowieść może wzbudzać w nas opór i niezgodę. Oceniając postępowanie gospodarza winnicy wyłącznie w kategoriach ludzkich skłonni jesteśmy wyrokować, że gospodarz winnicy niesprawiedliwie potraktował swoich robotników, zwłaszcza tych, którzy pracowali u niego najdłużej ( co prawda wypłacił im należność zgodną z wcześniejszą umową, ale nie dokonał rozróżnienia pomiędzy tymi, którzy pracowali kilkanaście godzin, a tymi, którzy pracowali tylko jedną godzinę). Myślę, że każdy z nas będąc na miejscu owych robotników najętych do pracy w winnicy, miałby poczucie niesprawiedliwości. Nawet ci, którzy pracowali tylko jedną godzinę, pewnie czuli, że coś jest nie w porządku. O jakiej sprawiedliwości zatem mówi Jezus ? Warto w tym miejscu pokusić się o symboliczne odczytanie tej przypowieści (taka też była intencja Jezusa). Gospodarzem winnicy jest Bóg, robotnikami - wszyscy ludzie, a denarem jest dar zbawienia. Przypowieść ta w istocie mówi o największym pragnieniu Boga, zbawieniu wszystkich ludzi. W sercu Boga nie ma wykluczenia kogokolwiek, co więcej – nie ma rozgraniczeń, wszyscy są zaproszeni do tego, żeby osiągnąć życie wieczne. Boża sprawiedliwość połączona jest z miłosierdziem i nie zna „przypadków beznadziejnych”; każdy człowiek ma szansę na zbawienie, nawet gdyby jego nawrócenie dokonało się na łożu śmierci. Sprawiedliwość, o której mówi Jezus w czwartym błogosławieństwie, uczy nas zgoła innego, głębszego spojrzenia na siebie i na innych ludzi. Nierzadko wydaje się nam, że - jedynie słuszną - zasadą sprawiedliwości jest traktowanie wszystkich podług jednakowej miary, gdy tymczasem zasadą bożej sprawiedliwości nie jest matematyczna dokładność, ale … miłość. Trudno sprawiedliwie ocenić wysiłek drugiego człowieka, a także własny, w drodze do świętości. Przecież nie wszyscy mają takie same możliwości i szanse. Trudno, kolokwialnie mówiąc „wrzucić do jednego worka” człowieka, który w swoim dzieciństwie został zraniony przez najbliższych ludzi, który wychowywał się w rodzinie patologicznej, i człowieka od dzieciństwa doświadczającego szczęścia rodzinnego ciepła i miłości ze strony bliskich. Myślę, że zbyt często pochopnie i z nieuzasadnioną surowością osądzamy innych ludzi, nie znając i nawet nie próbując poznać nierzadko tragicznych historii ich życia. Bóg na szczęście patrzy inaczej … A przede wszystko patrzy na serce; „osiągnięcia” są na drugim miejscu …

Wyobraź sobie, że Twoje serce ma pojemność wielkiej beczki, a serce drugiego człowieka to zaledwie mała szklanka. W oczach Bożych ważne jest to, na ile pełna jest Twoja szklanka/beczka, każda według właściwej im miary. A o tym decyduje współpraca z Bożą łaską, Twoje wybory na drodze podążania za Jezusem.

Warto na koniec przyjrzeć się Jezusowi, który czwarte błogosławieństwo wypełnił w sposób doskonały. 

Z Ewangelii świętego Łukasza 23,39-43
Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież - sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju».

Obietnica raju dla Dobrego Łotra to według Ewangelii Łukaszowej jedno z ostatnich słów Jezusa z krzyża. W bólach agonii Najsprawiedliwszy z wszystkich ludzi, prawdziwy Mesjasz, zapewnia współwiszącego złoczyńcę, że zaraz po śmierci znajdzie się w Jego raju! Dobry Łotr zgodnie z ówczesnym prawem ponosił zasłużoną karę za swoje czyny i był tego świadom. W ostatnich chwilach swojego życia doznaje czegoś, co nazwalibyśmy łaską nawrócenia, i powierza się Jezusowi. Zaufanie w miłosierdzie Boga sprawia, że otrzymuje przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Jezus sprawiedliwy mógł udzielić mu tego daru, ponieważ wiedział, że Jego męka i za chwilę śmierć spłaci długi nie tylko nawróconego łotra, ale również każdego człowieka. Pomyśl, że w tym momencie Jezus myślał także o Tobie, o mnie … Czy nie gorszy Cię taka „sprawiedliwość” Jezusa, która nie kieruje się ludzką logiką, wedle której za dobro należy wynagrodzić, za zło bezwzględnie ukarać? Być może nieobce jest Ci kwestionowanie dobroci Boga, wyrażone w myśleniu typu: „przecież ja przez całe życie staram się być blisko Boga, chodzę do kościoła, przyjmuję sakramenty, staram się żyć zgodnie z zasadami mojej wiary, a Jezus chce wprowadzić mnie do domu Ojca razem z człowiekiem, który był daleko od Niego i nawrócił się nieomal w ostatniej godzinie. Czy to sprawiedliwe”? Jezus odpowiada Ci – tak!

Czwarte błogosławieństwo stawia mnie wobec pytania: czy chcę w swoim życiu naśladować sprawiedliwość Boga, taką sprawiedliwość? Wszak to Bóg, w którego uwierzyłem, któremu uwierzyłem był Pierwszym Takim Sprawiedliwym …… Trudne, nieprawdaż?

I na koniec obietnica związana z tym błogosławieństwem: 
Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni.

Z Ewangelii świętego Łukasza 6,37-38
Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie».

Jezus obiecuje ludziom żyjącym tym błogosławieństwem „nasycenie”, a św. Łukasz w swojej Ewangelii podpowiada nam, że owo „nasycenie” będzie na miarę miłości świadczonej hojnie tym, których jako pierwszy ukochał sam Bóg. Jeżeli chcę być nasycony Bożą sprawiedliwością, nie mogę pozwolić na to, żeby ktokolwiek odczuwał głód z powodu mojej niesprawiedliwości.

 

ks. Krzysztof


Zdjęcia

1 Niedziela Adwentu

Modlitwy

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
135 0.07098913192749