MSZE ŚW. W NIEDZIELE

w dolnym kościele:
7:30, 10:30 (dzieci),
12:00 (przedszkolaki),
20:00 (młodzież, studenci)

w górnym kościele:
9:30 (suma), 11:00, 12:30 (chrzty), 18:00

MSZE ŚW. W DNI POWSZEDNIE
7:00, 8:00, 18:00 - w dolnym kościele

nr konta 07 1240 1242 1111 0000 1588 5856

KANCELARIA PARAFIALNA CZYNNA

w poniedziałki, środy i piątki
16:00-18:00

we wtorki i soboty
9:00-11:00

tel. (58) 551 17 58

Intencje mszalne przyjmujemy w godzinach pracy biura parafialnego
lub po każdej Mszy Świętej w zakrystii kościoła.

Adres:
ul. 3 Maja 49
81-743 Sopot
tel. 58 551 17 58 lub (wyłącznie na nagłe wezwanie do chorego) 664 477 435

e-mail: michal@diecezjagdansk.pl

Numer konta:
07 1240 1242 1111 0000 1588 5856

6 listopada 2020

8 Błogosławieństw cz. 2

 

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią.

Na drodze prowadzącej do szczęścia spotykamy kolejny drogowskaz. Błogosławieni miłosierni. Kim jest człowiek miłosierny ? W czym się wyraża się jego-nasze miłosierdzie ? Dlaczego miłosierdzie jest drogą do szczęścia? Z tymi pytaniami po raz kolejny wychodzimy na spotkanie ze Słowem Bożym. Kiedy myślę o wzorze człowieka miłosiernego, przychodzi mi na myśl miłosierny Samarytanin z przypowieści Jezusa, opowiedzianej przez ewangelistę Łukasza.

«Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: "Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał". Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie». Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!» (Łk 10, 30-37)

Samarytanin w drodze do Jerozolimy jest tym, który „okazał miłosierdzie”, bo – najkrócej ujmując - zauważył potrzebującego, zatrzymał się i udzielił pomocy. Warto zwrócić uwagę na kilka słów zawartych w tym opowiadaniu: zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany. Najpierw św. Łukasz zwraca naszą uwagę na spojrzenie Samarytanina – zobaczył. Co takiego było w owym „zobaczeniu”, że w konsekwencji po dziś Samarytanina z tej przypowieści nazywamy „miłosiernym”? On w bezimiennym, nieznanym rannym zobaczył swojego brata, potrzebującego pomocy. Mógł przejść obojętnie, ominąć półumarłego, jak to zrobili jego rodacy - kapłan i lewita. „Zobaczył” spojrzeniem pełnym troski i współczucia, uważnym na biedę drugiego.

To bardzo ważne, jak patrzymy na drugiego człowieka, jego potrzeby. Możemy tak patrzeć, żeby nie zobaczyć. Spotkanie z ludzką biedą wymaga od nas odpowiedzi. Odpowiedzią może stać się również nasza obojętność …

Jak czytamy dalej, ów człowiek wzruszył się głęboko. Widok rannego nie pozostał w nim tylko na poziomie uczuć (co mogło skończyć się bezradnym wzruszeniem ramion i pójściem dalej), ale skłonił do konkretnej decyzji, która wiązała się z wzięciem odpowiedzialności za drugiego człowieka i z konkretną ofiarą. Przypowieść Jezusa pokazuje nam, że dopiero konkretne sytuacje ujawniają prawdę o tym, kim jesteśmy, jakie jest nasze spojrzenie, jakie nasze serce. Trudno czynić miłosierdzie wobec chorych, cierpiących, ubogich, siedząc w wygodnym fotelu… Miłosierdzie domaga się „bliskości” względem osoby potrzebującej naszej pomocy; czasami będzie to bliskość fizyczna, czasami duchowa, która wyraża się np. przez naszą pamięć w modlitwie.

Wśród wielu interpretacji przytoczonej przypowieści istnieje również taka, która w Samarytaninie widzi Jezusa, pochylającego się nad zranionym przez grzech człowiekiem. Jezus uzdrawia nas oliwą swojej wierności i winem bezcennej miłości. Ta interpretacja pozwala nam zobaczyć, gdzie są źródła miłosierdzia. Prawdziwie miłosierny umie być tylko ten człowiek, który sam wcześniej doświadczył miłosiernej miłości Boga, który spotkał się z Jego współczującym, wrażliwym spojrzeniem.

Warto przyjrzeć się temu, jakie są nasze motywacje, gdy podejmujemy dzieła miłosierdzia. Mogą one wynikać z potrzeby zadośćuczynienia sprawiedliwości (czyli zwyczajnie - z ludzkiej przyzwoitości), ale mogą też wypływać z miłości do Jezusa, który przychodzi do nas w każdym człowieku, a zwłaszcza w potrzebującym naszej pomocy. Miłosierdzie rozumiane tylko po ludzku może być odebrane jako zewnętrzne i poniżające. Miłosierdzie wynikające z miłości do Boga pozwala w każdym człowieku zobaczyć dziecko boże, które zasługuje na szacunek i miłość. Tak więc przypowieść o miłosiernym Samarytaninie rodzi wiele pytań, w tym ważne dla nas - nie tylko o to, czy podejmuję dzieła miłosierdzia, ale również - w jakim duchu je spełniam.

Rozważając temat miłosierdzia w życiu pragnących żyć tym błogosławieństwem, wsłuchujemy się w kolejną przypowieść Jezusa, tym razem z Ewangelii św. Mateusza. 
Piotr zbliżył się do Niego i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?» Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. 
Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: "Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam". Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: "Oddaj, coś winien!" Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: "Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie". On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: "Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą?" I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu» ( Mt 18,21-35).

Miłosierdzie, do którego tym razem wzywa nas Bóg, związane jest z przebaczeniem. Jezus udzielając odpowiedzi Piotrowi pokazuje nam, że przebaczenie powinno być stałą dyspozycją serca Jego uczniów. Oznacza to, że przebaczenie nie może być „limitowane”. Symboliczna liczba siedemdziesiąt siedem oznacza bowiem – zawsze trzeba przebaczać. Czym zatem jest przebaczenie o którym mówi Jezus ? Co ta przypowieść mówi nam?

Przebaczenie nie jest zapomnieniem o doznanej krzywdzie albo udawaniem, że nic się nie stało, że wszystko jest w porządku. Przebaczenie rozpoczyna się od stanięcia w prawdzie o tym, że zostałem skrzywdzony, zakłada także zauważenie skutków doznanego zła, które czasami może ciągnąć się za nami przez całe życie. W tym procesie muszę sobie jasno określić, komu i co chcę wybaczyć. Wybaczenie nie oznacza puszczenia w niepamięć doznanego zła; owszem – pamiętam, ale dla dobra mojego i dobra tej osoby, która mnie skrzywdziła, podejmuję decyzję „wybaczam”. Czasami będzie to proces długotrwały, gdy do głosu dojdą bolesne wspomnienia i związane z nimi „trudne” uczucia. Wówczas po wiele razy trzeba będzie ponawiać podjętą już decyzję o przebaczeniu. Wybieram przebaczenie, bo chcę twojego dobra, a patrząc na ten wybór przez pryzmat wiary, chcę zbawienia twojej osoby. Przebaczenie nie jest równoznaczne z pojednaniem, które jest procesem głębszym i wymaga określonych dyspozycji obu stron. Pojednanie bowiem zakłada wzajemność, czyli otwartość drugiego na ofiarowany mu dar przebaczenia. Może być również tak, że musimy przebaczyć sobie nawzajem, kiedy wprawdzie skrzywdzeni, jednocześnie krzywdziliśmy tego drugiego, naszego antagonistę. W różnych sytuacjach i okolicznościach związanych z przebaczeniem kluczowe pozostaje to, to co dzieje się w moim sercu. Mogę zatem przebaczać zawsze i wszędzie, niezależnie od tego, czy drugi człowieka otworzy się na ten dar czy pozostanie wobec niego obojętny, a nawet wrogi. Przebaczenie drugiemu człowiekowi jest istotne w budowaniu dobrej relacji z Bogiem. Człowiek nie ma dwóch serc - jednego od kochania Boga, a drugiego od kochania człowieka. Brak przebaczenia zamyka nasze serca na bożą łaskę albo poważnie ogranicza jej działanie. Przebaczenie jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie możemy dać drugiemu człowiekowi. Nie wiem, czy kiedyś zostałeś przytulony przez człowieka, któremu wyrządziłeś krzywdę. Cóż to za wspaniałe doświadczenie znaleźć na nowo miejsce w sercu drugiego człowieka! Ale równie piękne jest doświadczenie, kiedy to Ty na nowo zapraszasz do swojego serca człowieka, z różnych powodów kiedyś z niego wyrzuconego! Nastawienie mego serca na to, żeby zawsze przebaczać, nie jest oczywiście zgodą na to, żeby ktoś mnie krzywdził, ale wiąże się z akceptacją drugiego człowieka w doświadczeniu jego słabości, a także pokornym przyjęciem prawdy o tym, że nawrócenie jest procesem, który nie zawsze musi się wiązać z sukcesami; raczej przypomina drogę, na której będą wzloty i upadki.

Skąd czerpać siłę do przebaczania ? Odpowiedź na to pytanie przynosi wcześniej przywołana przypowieść. Jezus posługuje się w niej kontrastem, aby jeszcze bardziej uwypuklić wielkość Bożego miłosierdzia, którego doświadczamy każdego dnia. Królem w przypowieści jest Bóg, a sługami ja i Ty. Król darował swojemu słudze dług wart dziesięciu tysięcy talentów, czyli równowartość czterdziestu dwóch tysięcy kilogramów złota albo dwustu tysięcy lat pracy! Oczywiste było, że dłużnik nie był w stanie sprostać takiej spłacie ani teraz, ani w przyszłości, ale mimo to błagał o litość i odroczenie w czasie tak wysokiego zobowiązania. Możemy sobie wyobrazić jego radość, gdy król nie tylko odroczył, ale darował mu cały dług. W tej sytuacji zadziwia postawa tak hojnie obdarowanego w odniesieniu do własnego dłużnika; spotkanemu nakazuje natychmiastowy zwrot całego długu, niewspółmiernie niższego, bo liczącego sto denarów, czyli siedemset gram złota, na które w czasach Jezusa trzeba było pracować około stu dni! Była to kwota, którą można było realnie spłacić… Ta przypowieść pięknie ilustruje, jak ogromne jest Boże miłosierdzie. Bóg za każdym razem, kiedy do Niego przychodzimy z sercem skruszonym i gotowym do przemiany, darowuje nam dług, którego nie jesteśmy w stanie spłacić, „albowiem zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23). Ta przypowieść nabiera szczególnej wymowy, gdy czytamy ją w perspektywie paschalnej. Król, czyli Bóg Ojciec może darować nam każdą winę i karę wieczną, ponieważ to Jezus Chrystus umierając na krzyżu spłacił za mnie i za Ciebie wszystkie zobowiązania, przybijając nasze grzechy do drzewa, które od tego dnia staje się dla nas drzewem życia. Nasze długi zostają niejako „pochłonięte” przez niezgłębioną miłość Boga, która jest zawsze większa od największych naszych grzechów. Gdybyś jako dowód swojego zadłużenia wobec Boga wypisał na kartce swoje grzechy i podpisał ją swoim imieniem, Jezus w tajemnicy miłości ukrzyżowanej zmazałby z tego „dokumentu” Twoje imię i zastąpiłby je swoim własnym. Świadomość, że jesteśmy aż tak kochani, niech nie wzbudza w nas jedynie wyrzutów sumienia, ale niech nade wszystko pozwala nam zachwycić się niezgłębionym miłosierdziem Boga! To właśnie przyjęte Boże miłosierdzie uzdalnia nas do dawania miłosierdzia drugiemu człowiekowi. Nie możemy ofiarować komuś tego, czego sami nie mamy, czego nie doświadczyliśmy. Kiedy jest Ci trudno przebaczyć, pomyśl - ile razy Tobie przebaczył Jezus, i to niejednokrotnie jeszcze cięższe przewinienia. Najpiękniejszą motywacją Twojego przebaczenia komuś może stać się Twoja, pełna wdzięczności miłość do Jezusa, który przebaczył Ci jako pierwszy. Może tak trudno jest nam przebaczyć, bo nie do końca otwieramy się na dar przebaczenia otrzymanego od Boga, co więcej - uznania, że jako grzesznicy potrzebujemy tego daru każdego dnia. Bez takiego nastawienia grozi nam, że będziemy przychodzili do Boga tylko po usprawiedliwienie. A człowiek usprawiedliwia się wówczas, kiedy w istocie nie uznaje swojej winy (wszyscy są winni, tylko nie ja). Warto zadać sobie pytanie, z jakim nastawieniem przychodzę do Boga w czasie sakramentu pokuty i pojednania. Czy chcę się jedynie „usprawiedliwić”, czy też chcę, by Bóg mi przebaczył. Uznanie siebie za grzesznika wymaga stanięcia w prawdzie o tym, że w moim sercu jest tajemnicze upodobanie w tym, co złe, i przyznanie, że nie jestem w stanie poradzić sobie sam z sobą, potrzebuję Bożej pomocy i Bożego miłosierdzia, potrzebuję zaufać Mu prawdziwie jak dziecko. Wbrew obiegowym opiniom dążenie do chrześcijańskiej doskonałości nie wiąże się z perfekcjonizmem, robieniem wszystkiego bezbłędnie i „pod linijkę”, ale z bezgranicznym zaufaniem Bogu. Dlatego na najbardziej znanym dziś obrazie Jezusa, namalowanym według wskazówek świętej siostry Faustyny, umieszczono na polecenie Mistrza zdanie – Jezu, ufam Tobie. Znaczy to, że Ci wierzę, wierzę że Ty sam poprowadzisz i to tam, mnie gdzie zechcesz.

Istotną trudnością w przebaczeniu bliźniemu może też okazać się trudność w przebaczeniu samemu sobie. Czasami przez całe życie wracamy do starych grzechów, żyjąc z poczuciem winy. Trudno jest nam przyjąć prawdę, że na miłość Boga nie można ani nie trzeba zasługiwać, trzeba ją po prostu całym sercem przyjąć. Z Panem Bogiem nie da się „wyrównać rachunków”. Tylko człowiek, który uzna tę prawdę i uzna fakt, że jest „za darmo” obdarowany, może stać się darem dla innych. W tym kontekście możemy mówić o „błogosławionej winie”, skoro dzięki niej możemy doświadczyć mocy Bożej miłości. Przebaczyć sobie oznacza przyjąć się takim, jakim się jest, z całym pięknem, ale też i tym wszystkim, co wymaga jeszcze wewnętrznej przemiany. Tylko człowiek „prawdziwy” jest w stanie wejść w prawdziwą relację z Bogiem i z drugim człowiekiem.

Trudno zdecydować się na jakiś fragment Ewangelii, ukazujący Jezusa miłosiernego; jest ich tak wiele. Może zatrzymajmy się na Janowym opisie spotkania Jezusa z jawnogrzesznicą. Z Ewangelii św. Jana 8,1-11
Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?» Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień». I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. - Idź, a od tej chwili już nie grzesz (J 8, 1-11).

Jezus w spotkaniu z grzesznikami nie patrzy na przepisy prawne, które niejednokrotnie były bezlitośnie surowe. Patrzy w głąb ludzkiego serca. Kobieta z przytoczonego fragmentu Ewangelii popełniła grzech, za który zgodnie z ówczesnym prawem powinna zostać ukamienowana. Jezus jest świadom tego, nie zaprzecza trudnej prawdzie o tej kobiecie, ale patrząc głębiej i widząc całą prawdę ludzkiego serca pomimo to daje jej szansę na przemianę życia. Jezus nie potępia potępionej przez ludzi; Jego spojrzenie przepełnione miłosierdziem wyraża nie tylko współczucie, ale też uprzedzającą zgodę na to, że to On weźmie na siebie karę i winę należną jawnogrzesznicy. Czy w sytuacji grzechu, który obciąża moje sumienie i serce, umiem podobnie przyjąć spojrzenie Jezusa na mnie? Czy nie wzbraniam się przed przyjęciem Jego miłosierdzia? A może próbuję ciągle sam bezskutecznie zasłużyć na miłość Boga, myśląc że jestem w stanie zbawić się o własnych siłach. To bardzo niebezpieczna droga, która może prowadzić do rozpaczy, w konsekwencji do odrzucenia miłosierdzia Boga. A tymczasem On już przed dwoma tysiącami lat wszystkich grzeszników, „celników”, wszystkie „jawnogrzesznice” zabrał na Golgotę …

I na koniec Boża obietnica. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Dla mnie obietnica Jezusa jest niezwykle wyzwalająca; potrzebuję Bożego miłosierdzia, ponieważ jestem grzesznikiem i jednocześnie jestem zaproszony do tego, by stać się szafarzem miłosierdzia. Obietnica piątego błogosławieństwa ukazuje Boga, który „zapomina” nasze grzechy, ale przechowuje pamięć o miłości, którą spełniliśmy na ziemi. Zaproszeni zatem jesteśmy do tego, aby każdego dnia wykorzystywać łaskę czynienia miłosierdzia. Człowiek w potrzebie, być może także ten, który Cię skrzywdził i potrzebuje przebaczenia, po ludzku „utrudniają” nam życie, ale po bożemu to najwięksi przyjaciele w naszej drodze do nieba. W moim – naszym życiu naprawdę dobre jest nie to, co łatwe, lekkie i przyjemne, ale to, co z mojego - naszego serca wydobywa uśpione pokłady dobra, a co często bywa bardzo trudne.

 

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

W litanii do świętego Józefa pada wezwanie „Józefie najczystszy - módl się za nami”. Myślę, że warto zapytać Józefa, czym jest czystość, o której mówi Jezus w swoim Kazaniu na górze.

Z Ewangelii świętego Mateusza 1, 18-25
Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów». A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: "Bóg z nami". Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie, lecz nie zbliżał się do Niej, aż porodziła Syna, któremu nadał imię Jezus.

Czystość, która było cechą Józefa, wiąże się motywacjami towarzyszącymi nam w czasie dokonywania codziennych i życiowych wyborów. Czasami mówimy, że ktoś ma czyste bądź nieczyste intencje. Święty Józef, to „nietypowy” świadek wiary. W Ewangelii bowiem nie mamy ani jednego słowa, które padło z Jego ust. O duchowym pięknie Józefa nie decydują jego słowa, ale wybory. Czystość motywacji przyświecających mu motywacji poznajemy w momencie, gdy Józef dowiaduje się, że poślubiona przez Niego Maryja jest brzemienna. Zgodnie z obowiązującym prawem kobieta, która dopuściła się zdrady małżeńskiej, powinna być ukamienowana. Józef znał prawo i wiedział, jakie mogą być jego konsekwencje dla Maryi. Dlatego najpierw postanawia usunąć się z życia swojej narzeczonej – przyszłej przyrzeczonej mu małżonki, a kiedy we śnie słyszy wezwanie anioła, postanawia zaopiekować się swoją Oblubienicą i jej Dzieckiem, traktując je jak własne. Serce Józefa jest czyste, ponieważ jest wolne od podejrzeń i niesprawiedliwych sądów. To jest serce przepełnione miłością i właśnie owa miłość nie pozwoliła mu zwątpić w czystość serca Maryi. Ona była siłą i motywacją do podjęcia decyzji, która ocaliła Maryję i jej Dziecko Nie uczynił tego w odruchu szlachetności, wspaniałomyślnej lecz chwilowej, to był wybór, który zadecydował o kształcie i kierunku całego Jego życia. Cieśla z Nazaretu wziął odpowiedzialność za siebie, Maryję i Jezusa i był wierny tej decyzji nie tylko w chwilach radosnych, ale również w tych pełnych smutku, cierpienia i niepewności. Patrząc na piękny przykład Józefa, warto zastanowić się, jakie są motywacje wyborów podejmowanych przeze mnie. Bóg nie patrzy na to, co zewnętrzne, często narzucające się i krzykliwe, ale na to, co jest w głębi mojego serca. Święta Tereska od Dzieciątka Jezus mówiła, że nieważne, czy w życiu robisz rzeczy wielkie czy zajmujesz się najprostszymi zajęciami (na przykład zamiataniem podłogi), ważne jest to, czy w twoim sercu jest miłość. Bo to ona prowadzi nas do Tego, który jest źródłem wszelkiej miłości.

„Błogosławieni czystego serca” to ci, którzy jak św. Józef, pozwalają Bogu kształtować swoje serce, co wcale nie jest łatwe… Wiąże się bowiem się ze zgodą na to, by On, przez różne okoliczności czy wydarzenia naszego życia, niekiedy bardzo bolesne, oczyszczał je z tego wszystkiego, co nie jest miłością w nas, w naszym sposobie myślenia i działania, oczyszczał jak złoto w ogniu różnych trudnych doświadczeń. Oznaczać to może cierpienie, niezrozumienie, odrzucenie. Wówczas dopiero tak naprawdę jesteśmy w stanie poznać, co jest wewnętrzną siłą naszego działania. Zdecydowanie łatwiej jest kochać ludzi, którzy doceniają nasz wysiłek, czy tych, których po prostu lubimy. Sprawdzianem naszej miłości jest stosunek do ludzi, którzy nas skrzywdzili, albo do tych, do których z różnych powodów nie czujemy sympatii. Wówczas dopiero wychodzi na światło dzienne, czy kochamy ze względu na samą miłość, czy też w miłości do Boga i do drugiego człowieka w nieuporządkowany sposób szukamy samych siebie. Szóste błogosławieństwo zaprasza nas to tego, żebyśmy w podejmowanych decyzjach badali motywacje i poruszenia swojego serca. Człowiek czystego serca, podobnie jak Józef, potrafi zostawić swoje plany i rozwiązania po to, żeby podjąć Boży plan wobec swojego życia. Jest to postawa, która wyrasta z wiary w to, że Bóg daje człowiekowi zawsze to, co najlepsze, chociaż na ogół trudne i wymagające.

Pytanie o nasze motywacje spróbujemy postawić i zgłębić w kontekście Jezusowej przypowieści o Sądzie Ostatecznym.
Z Ewangelii świętego Mateusza 25, 31-40
Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata!
Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a daliście Mi pić;
byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a przyodzialiście Mnie;
byłem chory, a odwiedziliście Mnie;
byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie".
Wówczas zapytają sprawiedliwi: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?" A Król im odpowie: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili".

Z przytoczonego fragmentu Ewangelii św. Mateusza wynika, że dla człowieka wierzącego najgłębszą motywacją miłości do drugiego człowieka jest miłość do Jezusa. Zobaczyć w drugim człowieku, a szczególnie tym potrzebującym cierpiące oblicze Chrystusa, to była tajemnica życia wielu świętych zaangażowanych w dzieła miłosierdzia, jak choćby dla przykładu świętego Brata Alberta czy błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty. Życie tą motywacją powoduje, że jesteśmy otwarci na wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy po ludzku darzymy ich sympatią czy też nie. Warto przyjrzeć się temu, czy takie spojrzenie towarzyszy mi w relacjach najbliższych, ale także tych dalszych, czasami bardzo trudnych. Czy potrafię zobaczyć oblicze Chrystusa w człowieku, który po ludzku przegrał swoje życie i kompletnie pijany zasnął na jednej z parkowych ławek? Czy potrafię odkryć twarz Jezusa w człowieku, który od lat uprzykrza mi życie i nic nie wskazuje na to, by chciał się zmienić? To są pytania, które dotykają istoty szóstego błogosławieństwa. Na koniec warto zapytać siebie, czy w sobie samym widzę oblicze Boga, i to nie tylko wtedy, gdy radzę sobie w życiu i nie popełniam większych błędów czy grzechów, ale i wówczas, gdy moje życie wydaje się pasmem niekończących się upadków w drodze do świętości. Czy wtedy potrafię obdarzyć miłością samego siebie? Czy umiem nadprzyrodzoną miłością, którą otrzymuję od Boga, kochać nie tylko Boga, ale i siebie? Jezus w Mateuszowej przypowieści utożsamia się z każdym człowiekiem, również ze mną…

Jakie były motywacje Jezusa? Co było wewnętrzną siłą Jego serca? Serce Jezusa jest najczystsze, ponieważ jedyną motywacją Jego misji na ziemi była miłość do Ojca. To ona dała mu siłę do walki z pokusami na pustyni, to ona była wewnętrzną siłą w czasie publicznej działalności, to w końcu ona zaprowadziła Go na wzgórze Golgoty. Z miłości do Ojca wypływała miłość do tych, których kocha Ojciec, czyli do każdego z nas. Warto tę prawdę przeżyć osobiście. Wszystko, co Jezus czynił na ziemi i co robi w niebie wypływa z miłości do mnie i do Ciebie. Największym pragnieniem Jezusowego serca jest moje-twoje szczęście, które będzie trwało przez całą wieczność. Pragnienia Jezusa wobec każdego z nas są kluczem do zrozumienia różnych wydarzeń, które stają się naszym udziałem i dotykają naszego serca. Szczególnie wtedy, gdy nasze życie nie przypomina drogi usłanej różami, ale raczej podobne jest do drogi krzyżowej, warto je czytać w tym kluczu…
Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą.

Z szóstym błogosławieństwem wiąże się bardzo piękna obietnica. „Błogosławieni czystego serca” będą oglądać Boga twarzą w twarz. Ale nie chodzi tylko o „oglądanie” w niebie; oni będą w stanie rozpoznać Boga już tu, na ziemi. Bóg objawia się codziennie w pięknie stworzonego świata, w drugim człowieku, w swoim Słowie, w sakramentach. Boga, który jest samą miłością, możemy rozpoznać tylko przez miłość, którą przyjmujemy i rozdajemy czyniąc świat piękniejszym. Ludzie czystego serca nie tylko potrafią dostrzec niekiedy bardzo subtelną obecność Stwórcy, ale potrafią również patrzeć na siebie i otaczający ich świat oczyma Boga, nie zatrzymując się na tym, co zewnętrzne, powierzchowne, mało atrakcyjne, ale sięgając „wzrokiem” głębiej. Odkrywając świat „po Bożemu”, Bożym spojrzeniem ogarniają każdego człowieka, nawet najbardziej zagubionego, i widzą w nim dziecko Boże. Co więcej – widzą dziecko, podobnie jak on codziennie zaproszone do tego, by w swoim życiu naśladować miłość Boga objawioną przez Jezusa.

 

 

Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Przewodnikiem po siódmym błogosławieństwie będzie dla nas święty Piotr Apostoł. Najpierw wsłuchajmy się w jego mowę, którą wygłosił po Zesłaniu Ducha Świętego i po uzdrowieniu chromego.

Z Dziejów Apostolskich 3, 12-21
Na ten widok Piotr przemówił do ludu: «Mężowie izraelscy! Dlaczego dziwicie się temu? I dlaczego także patrzycie na nas, jakbyśmy własną mocą lub pobożnością sprawili, że on chodzi? Bóg naszych ojców, Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami. I przez wiarę w Jego imię temu człowiekowi, którego widzicie i którego znacie, imię to przywróciło siły. Wiara [wzbudzona] przez niego dała mu tę pełnię sił, którą wszyscy widzicie. Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi. A Bóg w ten sposób spełnił to, co zapowiedział przez usta wszystkich proroków, że Jego Mesjasz będzie cierpiał. Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone, aby nadeszły od Pana dni ochłody, aby też posłał wam zapowiedzianego Mesjasza, Jezusa, którego niebo musi zatrzymać aż do czasu odnowienia wszystkich rzeczy, co od wieków przepowiedział Bóg przez usta swoich świętych proroków. 

Święty Piotr był człowiekiem czynu. Takim go poznajemy, gdy towarzyszył Jezusowi w czasie Jego publicznej działalności, takim pozostał po odejściu Jezusa, takim widzimy go w przytoczonym fragmencie, kiedy przemawia po Zesłaniu Ducha Świętego i uzdrowieniu chromego. W gronie apostołów znany był ze swojego cholerycznego temperamentu, stąd Jezus nierzadko musiał wkraczać i „ujarzmiać” jego wybuchowy charakter.

„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” to ludzie, którzy mogą nam się kojarzyć z „dyplomatami”, w drodze kompromisu usiłującymi za wszelką cenę załagodzić pojawiające się konflikty. Piotr bez wątpienia do takich ludzi nie należał; to był człowiek, który w jasny i szczery sposób wyrażał swoje przekonania także wtedy, gdy wiedział, że może to się spotkać z niezrozumieniem i wrogością. On swoim życiem jasno pokazuje nam, że pokój, o którym mówi Jezus, to nie to samo, co spokój. Pokój jest zbudowany na prawdzie i miłości, prawdzie czasami trudnej i bolesnej, natomiast spokój często oparty jest tylko na uczuciach albo wynika z szukania wygodnych i krótkotrwałych rozwiązań. „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” to ludzie, którzy podobnie jak Piotr są otwarci na poznanie prawdy o Bogu, sobie i o tym, co jest w życiu najważniejsze. Nie jest to poznanie, które zatrzymuje się wyłącznie na poziomie intelektu, ale schodzi w głąb serca i staje się prawdą, wyznaczającą kierunek i kształt życia. Piotr po Zesłaniu Ducha Świętego nie mógł prawdy, którą odkrył i która zakorzeniła się w Jego sercu, zatrzymać tylko dla siebie. Mocą Ducha Prawdy i Miłości głosi ją tym, do których zostaje posłany. Pierwszy z Apostołów w imię wierności Bogu i sobie nie przemilcza wobec słuchaczy trudnej prawdy o nich, ponieważ jest głęboko przekonany, że jej przyjęcie może być drogą prowadzącą do prawdziwej wiary w Jezusa, który przez swoją śmierć i zmartwychwstanie przyniósł całemu światu nadzieję życia wiecznego. „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój” to ludzie, którzy mocą Ducha Świętego mówią prawdę w imieniu samego Boga. Historia Kościoła nie tylko pierwszych wieków, ale również współczesna pokazuje, że bardzo często życie dla Prawdy wiąże się ze zgodą na oddanie za nią swojego życia. To krew męczenników świadczy o prawdzie, którą najpełniej objawił Jezus Chrystus i którą jest On sam. Wpatrując się w świętego Piotra warto zadać sobie pytanie, jak to jest ze mną? Czy jestem człowiekiem wprowadzającym pokój, czy raczej zabiegam tylko o spokój, często nazywany świętym, chociaż ze świętością ów spokój nie ma nic wspólnego. Człowiek pokoju buduje swoje życie i relacje, w które wchodzi, na fundamencie prawdy i miłości. Budowanie więzi tylko na uczuciach czy powierzchownych kompromisach na ogół kończy się zranieniami i trudnymi do naprawienia rozłamami. Ważne jest, aby prawdę mówić z miłością, czyli z autentyczną troską o dobro drugiego człowieka. Z perspektywy wiary chodzi przecież o najwyższe dobro, czyli o zbawienie drugiego człowieka. „Wprowadzający pokój”, czyli dbający o boży porządek, nie wyraża zgody na grzech. Niejednokrotnie widzimy, że drugi człowiek błądzi i wyrządza szkodę sobie i innym ludziom. Czyni to w poczuciu, że takie „wygodniejsze” życie jest w stanie zaspokoić pragnienie szczęścia, które nosi w swoim sercu. Wówczas możemy machnąć ręką i powiedzieć, że to nie nasza spraw, że każdy jest kowalem swojego losu i kiedyś odpowie za swoje życie. Możemy jednak wybrać trudniejszą drogę, która będzie wiązała się z pełnym miłości chrześcijańskim upomnieniem. Rzecz w tym, czy bardziej zależeć nam będzie na autentycznym szczęściu czy tylko na powierzchownym zadowoleniu z życia własnego i ludzi, których kochamy.

Narzędziem niezmiennie służącym do wprowadzania bożego ładu w świecie jest post i modlitwa wpływająca z wiary w Boga, który mocą swojej łaski przemienia nawet najbardziej zatwardziałych grzeszników i czyni z nich świętych. Wprowadzanie bożego pokoju to piękne a jednocześnie trudne zadanie każdego chrześcijanina. Budowanie Królestwa Bożego tutaj na ziemi trzeba jednak zawsze zaczynać od siebie. Jeżeli chcę być narzędziem bożego pokoju, muszę sprawić, by ów boży pokój wpierw zagościł w moim sercu. Nie mogę dać tego, czego sam nie mam. Człowiek o sercu pełnym niepokoju nie jest w stanie dać pokoju współczesnemu światu.

Z Ewangelii świętego Mateusza 9,16-17
Nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania, gdyż łata obrywa ubranie, i gorsze robi się przedarcie. Nie wlewa się też młodego wina do starych bukłaków. W przeciwnym razie bukłaki pękają, wino wycieka, a bukłaki się psują. Raczej młode wino wlewa się do nowych bukłaków, a tak jedno i drugie się zachowuje.

W krótkich przypowieściach o łacie i bukłakach Jezus pokazuje nam drogę prowadzącą do wewnętrznego pokoju. Jest to droga radykalnych i jednoznacznych wyborów. Trudno zbudować trwały pokój w swoim sercu, jeżeli nie dokona się jasnego wyboru Jezusa na Pana i Króla swojego życia. Nie można młodego wina Ewangelii wlewać do starych serc, które skostniały w swoich racjach, w sposobie postrzegania Boga i świata. Ta przypowieść pokazuje nam, że chrześcijaństwo to nie jest religia utartych schematów i nudnych, znanych na pamięć rozwiązań. Codziennie musimy podejmować trud dostosowywania naszego życia do wymogów Ewangelii, a ona jest niezmienna. Zmieniamy się natomiast my i świat, w którym żyjemy. Budowanie swojego życia na fundamencie Bożego Słowa daje nam gwarancję wewnętrznego pokoju pośród coraz bardziej niespokojnego świata. A jak to jest z bożym pokojem w moim sercu ? Ile jest w nim prawdy i miłości? Na kim albo na czym buduję pokój w swoim sercu? Z tymi pytaniami zostawiają nas błogosławieni, którzy wprowadzają pokój.

Teraz spójrzmy, jak Jezus zrealizował siódme błogosławieństwo w swoim ziemskim życiu. W momencie narodzenia Zbawiciela aniołowie zwiastowali ziemi pokój, a później Jezus w czasie swojej publicznej działalności przywracał ludziom utracony pokój, kiedy udzielał im odpuszczenia grzechów, wyrzucał złe duchy czy objawiał swoją moc nad prawami przyrody (na przykład uciszając burzę na jeziorze). Po swoim zmartwychwstaniu Jezus zwraca się do pełnych niepokoju uczniów ze słowami pozdrowienia „Pokój wam”. Wie, jak bardzo jest on im potrzebny w tej chwili niepewności, zwątpienia, bezradności. On, Książę Pokoju, i nam jako jedyny jest w stanie przywrócić utracony przez grzech pokój. Czasami szukamy trwałego pokoju przez budowanie relacji z wybranymi ludźmi, na których pragniemy oprzeć swoje życie i zbudować poczucie bezpieczeństwa i pewności w tym niepewnym świecie. Jednak doświadczenie pokazuje, że trwały pokój może nam dać jedynie Bóg, bo tylko On pozostaje jedyny i niezmienny w swojej miłości do każdego człowieka. Świat, w którym żyjemy, jest zmienny, czasami bardzo kapryśny i nie może dać nam pokoju, którego szukamy. Warto w tym miejscu zadać sobie pytanie: gdzie, w kim albo w czym szukam pokoju, który jest pragnieniem mojego serca?

W kontekście naszych rozważań warto jeszcze przypomnieć kontrowersyjne, zdawałoby się, słowa Jezusa o tym, że nie przyszedł na świat po to, by przynieść pokój, lecz po to, by … wprowadzić rozłam! Owszem, ale one miały stanowić zachętę do radykalnego wyboru Chrystusa jako Zbawiciela, co skutkować może bolesnym odrzuceniem nas przez innych. Jeżeli w naszym życiu budujmy relacje, które stają się ważniejsze od relacji z Bogiem, wówczas w sercu prędzej czy później pojawi się niepokój, który będzie wpływał nie tylko na nasze życie, ale również życie ludzi najbliższych nam. Warto zbadać źródła swojego niepokoju, bo bardzo często wypływa on z faktu, że ktoś albo coś próbuje za naszą zgodą zająć pierwsze miejsce w naszym życiu i sercu, a ono należy się Bogu. Jezus uczy nas budowania prawdziwych relacji, co nie oznaczało cichej zgody na zło, przeciwnie – On jawnie wchodził w konflikty z autorytetami religijnymi, wytykając im obłudę i powierzchowność. Patrząc na Jezusa, który nie bał się stawać w obronie bożego prawa, warto zapytać samych siebie, czy ja potrafię tracić coś dla Boga, czy w imię dążenia do prawdziwego, a nie tylko iluzorycznego pokoju potrafię wejść w konflikt w obronie wartości, w które wierzę? Czasami wpadamy w pułapkę myślenia, że chrześcijanin to człowiek, który powinien za wszelką cenę dążyć do zgody i kompromisu. Tymczasem Jezus pokazuje nam, że nie może się to dziać kosztem prawdy, która wypływa z Ewangelii.

Pójście drogą Ewangelii wiąże się z trudnościami, ale też zawsze z obietnicą Boga, który jest wierny swoim słowom.
Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi.

Ludzie wprowadzający pokój to święci bohaterowie, który nie patrząc na nieraz przykre dla siebie konsekwencje bronią bożego prawa. Oni nie tylko słuchają Słowa Bożego, ale starają się wypełnić je w swoim życiu. Jezus zapewnił kiedyś, że tacy ludzie należą do Jego najbliżej rodziny. Błogosławieni, o których mówimy, zostaną nazwani synami Bożym, ponieważ Bóg w ludziach pełnych prawdy i miłości rozpozna swoje dzieci. Czy dziś we mnie Bóg rozpoznałby chrześcijanina, który pragnie żyć Ewangelią ? To pytanie może niepokoić, ale przede wszystkim powinno wybrzmieć w moim sercu wezwaniem do autentycznego i głębokiego nawrócenia.

 

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Świętym, który bez wątpienia zrealizował w swoim życiu ostatnie błogosławieństwo, jest Apostoł Narodów - Paweł z Tarsu.

Z Listu do Kolosan 1,24-29
Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. Jego sługą stałem się według zleconego mi wobec was Bożego włodarstwa: mam wypełnić [posłannictwo głoszenia] słowa Bożego. Tajemnica ta, ukryta od wieków i pokoleń, teraz została objawiona Jego świętym, którym Bóg zechciał oznajmić, jak wielkie jest bogactwo chwały tej tajemnicy pośród pogan. Jest nią Chrystus pośród was - nadzieja chwały. Jego to głosimy, upominając każdego człowieka i ucząc każdego człowieka z całą mądrością, aby każdego człowieka okazać doskonałym w Chrystusie. Po to właśnie się trudzę walcząc Jego mocą, która potężnie działa we mnie.

Cierpienie jest nierozerwalnie związane z ludzkim życiem; każdy go doświadczył i pewnie każdy z nas przeżywa je na swój sposób. Czasami cierpienie dotyka naszego ciała i jest związane z bólem fizycznym, czasami dotyka naszej duszy. Warto na chwilę, najogólniej, zastanowić się nad przyczynami cierpienia, które nas dotyka. Jest ich kilka - jedne zależą od ludzkich wyborów i są związane z grzechem, inne są wynikiem kruchości świata, w którym żyjemy, i - w dużym uproszczeniu - nie zależą od nas. Zatrzymajmy się najpierw na tych pierwszych przyczynach. Wyrządzone zło zadaje cierpienie Bogu, drugiemu człowiekowi i samemu sprawcy. Grzech jest brakiem miłości, a tam, gdzie nie ma miłości, pojawia się cierpienie. Drugim źródłem cierpienia są „nieszczęścia”, „nieszczęśliwe przypadki” (zwyczajowo tak je nazywamy), na przykład choroba, wypadki, które nie są związane z naszymi wyborami, a jednak dotykają nas wywołując cierpienie fizyczne i duchowe. Cierpienia nie da się wytłumaczyć, można je jedynie przeżyć. Cierpienie niezawinione jest szczególnym wyrazem zaufania Boga do człowieka. Bóg dopuszczając je w naszym życiu ufa, że ono nas od Niego nie oddali, ale stanie się drogą prowadzącą do całkowitego zawierzenia.

Co miał na myśli Jezus mówiąc, że szczęśliwi są ci, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości? Szczęśliwi, bo cierpiący? Szczęśliwi, choć cierpiący? Po ludzku wydaje się to niedorzeczne. Cierpienie może być przekleństwem życiowym, jeżeli zatrzymamy się na samym bólu, które ono wywołuje, i pytaniu „dlaczego ja”, pytaniu na które tutaj na ziemi na ogół nie znajdziemy odpowiedzi. Cierpienie może jednak stać się błogosławieństwem, jeżeli podobnie jak święty Paweł złączymy je z cierpieniami Chrystusa i ofiarujemy w intencji osób, które kochamy. Cierpienie Apostoła Narodów było związane z prześladowaniem ze względu na wiarę w Chrystusa. Podobnie i człowiek, który decyduje się radykalnie pójść za Jezusem, naraża się na niezrozumienie, odrzucenie, a niejednokrotnie wręcz męczeństwo i utratę życia ze względu na wierność jedynej Miłości. Takie cierpienie może być jednak źródłem głęboko przeżywanego szczęścia, wynikającego z zażyłej relacji z Bogiem. Ten, kto decyduje żyć dla Miłości, w głębi serca wyraża również zgodę na cierpienie ( uwaga - nie chodzi tutaj o cierpiętnictwo, czyli szukanie cierpienia na siłę, lubowanie się w nim). Czasami błogosławione cierpienie wiązać się będzie ze zgodą na to, czego nie mogę zmienić w swoim życiu, czasem będzie wypływało z trudu zmiany sytuacji w której się znalazłem. Życie świętego Pawła, tak bardzo naznaczone cierpieniem ze względu na miłość do Chrystusa i Kościoła, stawia przed nami pytanie, czy moim sercu jest zgoda na to, żeby cierpieć prześladowanie dla sprawiedliwości ?

Z Ewangelii świętego Mateusza 13,44-46
Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją.

Człowiek, który wyraża zgodę na cierpienie, musi być świadom, jaki jest sens i cel jego życia, niekoniecznie zaś musi wiedzieć, jaki jest sens i cel dotykającego go cierpienia. Wybór Chrystusa i, w konsekwencji, budowanie Królestwa bożego w swoim sercu, a potem w świecie, wiąże się z konkretnymi życiowymi decyzjami. Jeżeli chcę zdobyć prawdziwy skarb czy drogocenną perłę, muszę podobnie jak bohaterowie przytoczonych przypowieści zostawić wszystko, co moje, niekoniecznie boże, a otworzyć się na to, co prawdziwie boże w moim życiu. Czasami chcielibyśmy sami zaplanować, jak będzie wyglądała nasza droga do Boga, i w związku z tym podejmujemy wiele dzieł dla Boga, nad którymi panujemy i którym wyznaczamy przyjęte przez siebie granice. Wejście w logikę ósmego błogosławieństwa oznacza coś głębszego. W życiu prawdziwego wyznawcy Chrystusa nie chodzi tylko o podejmowanie dzieł dla Boga, ale o realizowanie dzieł Boga, które niejednokrotnie będą krzyżowały nasze ludzkie, nawet najbardziej wielkoduszne plany. Czy zgadzam się, aby Bóg poprowadził mnie tam, gdzie sam nie chcę pójść? Czy mam w sobie wiarę, że właśnie boże drogi, nierzadko naznaczone cierpieniem, są dla mnie najlepsze? Czasami w życiu zastanawiamy się nad tym, co możemy zrobić dla Boga, żeby jeszcze bardziej do Niego przylgnąć. Znacznie trudniejsze i bardziej zobowiązujące pytanie brzmi, z czego powinienem zrezygnować, żeby moje serce było całkowicie wolne dla Boga, co muszę zostawić, aby nabyć ukryty skarb i drogocenną perłę? Myślę, że najtrudniej zostawić nam coś, nad czym naprawdę nie mamy władzy, czyli nasze marzenia, wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać nasze życie. Pan Jezus bardzo „uprościł” odpowiedź na to pytanie, mówiąc że jeśli ktoś chce pójść za Nim, powinien wziąć swój krzyż i iść drogą wyznaczoną przez Niego. Jest to w istocie zaproszenie do pokochania swojego życia takim, jakim jest, i do pokochania w nim samego siebie.

Warto zastanowić się, co jest największym krzyżem mojego życia? Szukając odpowiedzi na to pytanie dochodzę do wniosku, że tym krzyżem dla mnie jestem ja sam, z moim poranionym i nie do końca nawróconym sercem. Jeżeli chcę iść za Jezusem, nie mogę odrzucać tego najcięższego krzyża, nie mogę odrzucać samego siebie. Błogosławiony jest ten człowiek, który pomimo cierpienia podejmuje wewnętrzną pracę nad sobą, nad tym, by w jego sercu zakrólowała boża sprawiedliwość.

Wydarzenia związane z męką i śmiercią Jezusa pokazują nam wyraźnie, jak Syn Boży zrealizował ósme błogosławieństwo w swoim życiu. Jezus, najsprawiedliwszy z wszystkich ludzi, bierze na siebie najbardziej niesprawiedliwy wyrok w dziejach świata. Ta decyzja wiąże się z trudnym do wyrażenia cierpieniem nie tylko fizycznym, ale nade wszystko duchowym. Jezus nie tylko doznaje niewyobrażalnego bólu związanego z biczowaniem, ukrzyżowaniem i agonią na drzewie krzyża, ale nade wszystko cierpi duchowo, doświadczając, zdawałoby się, opuszczenia przez swojego Ojca; pozostaje Mu wiara w to, że jest przez Niego kochany. Duchowe cierpienie Jezusa zwielokrotnione jest też przez bolesną świadomość, że Jego miłość nie została przyjęta, co więcej – będzie z obojętnością bądź wzgardą odrzucana po dzień dzisiejszy. Jezus jednak pozostaje wierny swojej decyzji oddania życia za zbawienie świata. Zraniona miłość Ojca otrzymuje zadośćuczynienie za moje - twoje grzechy. Prawdziwy Bóg i prawdziwy Człowiek konający na drzewie krzyża swoją miłością „do końca” gładzi zło całego świata. Warto tę prawdę przeżyć osobiście. Jezus umierający na krzyżu gładzi także wszystkie moje grzechy, bo bierze je na Siebie. Prawdę tę wyrażają słowa Koronki do Bożego Miłosierdzia. Bóg w tej prostej modlitwie pozwala nam wejść w wewnętrzne życie Trójcy Świętej. Modlący się zwraca się do Ojca w Duchu Świętym z prośbą o miłosierdzie nie ze względu na swoje zasługi, ale ze względu na cierpienie Jego Syna.

Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

Myślę, że nieprzypadkowo pierwsze i ostanie błogosławieństwo wiąże się z tą samą obietnicą – obietnicą królestwa niebieskiego. Królestwo Boże jest tam, gdzie jest miłość. I to w istocie miłość jest najważniejszym tematem Kazania na Górze, jest drogą prowadzącą do prawdziwego szczęścia. 


Zakończenie

Droga „ośmiu błogosławieństw”, prowadząca do prawdziwego szczęścia, z pewnością nie jest łatwa. Błogosławieni, o których mówi Jezus, to ludzie, którzy opierają swoje życie na twórczej współpracy z Bożą łaską. Bez wątpienia to ludzie głębokiej wiary w miłość Boga, która uzdalnia do wyborów przekraczających tylko ludzkie możliwości. „Błogosławiony” to człowiek, który pozwala, aby Bóg działał w nim i przez niego. W ten sposób przez swoje codzienne małe wybory objawia Nieskończoną Miłość samego Boga. „Błogosławieni” to ludzie twardo stąpający po ziemi, ale prawdziwie ożywia ich nadzieja na życie wieczne w niebie. To autentyczni świadkowie, tak potrzebni dzisiaj wspólnotom chrześcijańskim. Chrześcijanie - jak mówi Jezus - mają być dla świata jako światło, które rozprasza mroki, i jak sól, która chroni przed zepsuciem i nadaje właściwy smak

„Osiem błogosławieństw” stawia dzisiaj przed nami pytanie o to, jak ja przeżywam swoją wiarę; czy chodzi mi tylko o minimum wypływające z zewnętrznego, często bezdusznego wypełnienia prawa, czy też troszczę się o głębokie zaangażowanie w budowanie więzi z Bogiem, z drugim człowiekiem i z samym sobą. Powierzchowność i tylko zewnętrzna poprawność rodzą smutek i rozczarowanie w naszym życiu. Czasami bardzo trudne, ale głębokie więzi, oparte na miłości, przeciwnie – są źródłem prawdziwej radości. Wybór drogi należy do Ciebie, jest testem na Twoją wiarę. Jeżeli zaufasz światu, wybierzesz pozorne szczęście, które jest na wyciągniecie ręki, a często wiąże się z łamaniem bożego prawa. Jeżeli zaufasz Bogu, pójdziesz trudniejszą drogą, nierzadko spowitą ciemnościami, ale prowadzącą do prawdziwego szczęścia. Czy świadom tego, świadom swoich ograniczeń i słabości, chcesz dziś iść drogą „Ośmiu błogosławieństw” – pyta Jezus.

 

ks. Krzysztof


Zdjęcia

1 Niedziela Adwentu

Modlitwy

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
135 0.091665029525757